Warsztaty umownie nazwane przeze mnie “Odzyskać głos” znów wypełniły się nową treścią. Tak jest właściwie za każdym razem, kiedy je prowadzę. Muszę się przyznać, że przestałam chyba nadążać za koniecznością formułowania coraz to nowych tytułów, które w pełni odzwierciedlałyby to, czym się podczas warsztatów zajmujemy. Czy w ogóle da się to w pełni opisać? Czy potrzebna jest formuła, która zamykałaby w sobie każdą możliwość? Teraz myślę, że byłaby to kolejna uzurpacja. Aroganckie założenie, że jestem jedyną autorką tych warsztatów. A to założenie nigdy nie było prawdziwe. Formuła zajęć podlega ciągłym zmianom dzięki kolejnym kobietom, które decydują się wejść w tę specyficzną, przyznaję, przestrzeń działań teatralnych czy – ogólniej – performatywnych. Kolejne kobiety zaczynają odzyskiwać dla siebie przestrzeń własnego głosu, własnego ciała, przestrzeń wokół siebie i wszystkie pogranicza między tymi realnościami, a ten proces nie byłby wiarygodny, gdyby nie towarzyszyło mu również redefiniowanie i modelowanie na nowo samej przestrzeni działań. Czasem zresztą są to rzeczy bardzo konkretne: jak sprawić, żeby nasz głos był słyszalny i że nie oznacza to krzyku.

W Szurpiłach po raz pierwszy miałam okazję prowadzenia tych zajęć w dłuższej, pięciodniowej formule i jestem za tę okazję niesłychanie wdzięczna uczestniczkom i organizatorkom. W ramach zajęć powstało blisko 50 genialnych monodramów, każdy z nich był niepowtarzalny i jedyny, a podział na publiczność i występujące uległ ostatecznej dekonstrukcji. Każda z nas była autorką i każda z nas słuchała i oglądała inne, czerpiąc z tego ogromną przyjemność. Odzyskałyśmy chyba (choćby na tę chwilę) przestrzeń teatru, sztuki, muzyki. Było to jednak oglądanie i słuchanie dalekie od voyeryzmu, którym przesycona jest kultura masowa. Słuchanie i oglądanie jest czynnością aktywną (o czym często zapominamy, kiedy obsadza się nas w roli wyłącznie konsumentek kultury), dynamicznym redefiniowaniem granic, w których ‘dzieje’ się nasza tożsamość. Tak to widzę dzisiaj – tożsamość jako proces i podróż.

Bardzo często słyszę zdanie o mocy magicznego zaklęcia: “nie mam głosu”. Zdanie pada z ust kobiet i mężczyzn zresztą. Często oznacza “nie ‘mam’ ciała”, u kobiet często również oznacza “nie ‘mam’ przestrzeni” – mężczyźni jakoś łatwiej odzyskują przestrzeń dla siebie (pozwalam sobie w tym momencie na te genralizacje). ‘Głos’ oznacza dla mnie nie tylko śpiewanie, tak jak zresztą rzadko mówię o sobie, że jestem wokalistką. Używam głosu znacznie wykraczając poza jego konwencjonalne użycia. Głos jest dla mnie również narzędziem budowania związków (różnorakich) ze światem dookoła, głos jest pograniczem, ale jest zakorzeniony w ciele, zaczyna się od oddechu. Głos zakorzenia się nie tylko w gardle (czy może wręcz nie w gardle), ale w płucach, brzuchu, miednicy, waginie. To wyliczenie tylko pozornie jest anatomiczne, znamy przecież wszystkie negatywne metafory związane z tymi ‘miejscami’.

Są też miejsca ‘na zewnątrz’, miejsca, które odwiedzamy, w których jesteśmy. Trudno poczuć się w nich dobrze, jeśli nie mamy dostępu do przestrzeni ‘wewnątrz’. Jakbyśmy ciągle czekały na czyjeś pozwolenie. Te miejsca mają swoją historię i mają własną anatomię. Szurpiły są takim miejscem – niezwykły pejzaż jezior wciśniętych między pagórkami, ukrytych przed spojrzenie wędrowców niemal do ostatniej chwili, zaskakujących perspektywą, a jednocześnie oferujących schronienie i przestrzeń osobistej wolności. Historia tych miejsc nie była łatwa: właściwie od zawsze była to arena eksterminacji. Zniknęli z naszego pejzażu Jaćwięgowie, którzy byli autorami i Góry Zamkowej, i obu pobliskich pagórków o znaczeniu kultowym i rytualnym, nazwanych dzisiaj Górą Cmentarną i Górą Kościelną. To też swoista uzurpacja, którą często obserwuję – nadawanie nazw. Rugowanie starych nazw i zastępowanie ich nowymi – mapa okazuje się być również narzędziem władzy, nie tylko odwzorowaniem terenu. I jest jeszcze legenda o Żaltisie, która zaczyna się od słów: “Żył tu bartnik, który miał piękną córkę Jeglę. Pewnego razu, podczas kąpieli, jej ciało oplótł wąż o złocistych łuskach i dotąd trzymał w uścisku, aż obiecała, że zostanie jego żoną.” Postać węża przybrał bóg litewskich jezior, Żaltis. Nic w tej legendzie nie jest oczywiste, żadne interpretacje nie wyczerpują nowych możliwości, można utkać dowolny dywan, można zapisać tę opowieść z podwójnym i potrójnym głosem. Wężowe formy bóstw, najczęściej związane z wodą i płodnością są obecne w mitologiach na przestrzeni od Chin przez Indie po Litwę i krąg kultury celtyckiej. Wiadomo, że są śladem symboliki boginicznej. W legendzie wąż został zamordowany przez braci Jegli, którzy wydobyli od niej podstępnie hasło wzywające go na powierzchnię. Jegla rozpaczała tak długo, aż bogowie zamienili ją (wraz z potomstwem) w drzewo. Co się stało z wężem? Nie wiadomo, została po nim tylko krew na powierzchni jeziora.

Spacerując wokół jeziora zapragnęłam odzyskać tę historię i tę przestrzeń dla kobiecych głosów. Tak narodził się pomysł nietypowego działania z otoczeniem, któremu nadałam – z braku lepszej nazwy – miano ‘ekstremalnej wyprawy dźwiękowej”. Celem miało być ‘odzyskanie dla kobiet Góry Zamkowej’. Miejsca, w którym rozegrała się historia Jegli. Która pewnie rozgrywa się i dzisiaj w wielu wariantach, jak to bywa z mitami. Nasze głosy spotkały się z odzewem, którego w codziennym życiu na ogół się nie słyszy, albo nie zwraca na nie uwagi. Krowy muczały, gdzieś odzywał się maniacko puszczyk, nasze kroki brzmiały trochę jak głos maszerujących wojsk. Czasem chciało mi się śmiać na myśl o tym, jak to ‘wygląda’. Głosy niosły się po tafli jeziora zwielokrotnione i wracały. Był to performance, którego nie da się utrwalić i odtworzyć ani cyfrowo, ani analogowo. Nie da się zagrać go na scenie. I dlatego nie wierzę w żadną boginię ani do niczego nie jest mi ona potrzebna. W każdym razie dopóki będzie się tę boginię traktowało jak boga, tyle że – może – z waginą. Dopóki będzie się na nią relegować odpowiedzialność za życie i za rytuał. Glosy innych kobiet są mi potrzebne, chcę ich słuchać, dobrze jest z nimi być, mogą być chropowate, czasem niewygodne, ale cieszę się, że są. Jeśli pojawia się coś z rytuału, to tylko dlatego, że uczestniczki / uczestnicy działań chcą tego aktywnie. Rytuał jest formą demokratyczną, jak sądzę, staje się pustą formą, jeśli są “odbiorcy’ i “kapłan”. Nie zmieni tego zwykły fakt zastąpienia męskiego kapłana kobietą-kapłanką. I nie powinno się o tym zbyt wiele mówić, bo nazywanie może stać się narzędziem władzy. W jednej z wersji ‘Odzyskanie Góry Zamkowej dla kobiet’ mogło być po prostu odebraniem jej bogom. Boginiom również (bo na Górę Kościelną nie można byłoby tak łatwo wyjść).

 
 

Ulica Siostrzana

jest grupą nieformalną powstałą w lutym 2001 roku. Dotychczas zorganizowałyśmy 12 obozów feministycznych, w których wzięło udział około 1200 kobiet.